Slide toggle

Witaj w Wirtualnej Akademii Szycia

Blog

DIY – prosta opaska ze ścinków

Dzisiaj wpis w duchy zero waste. Specjalnie dla tych, którym zalegają dresówki lub dla tych, którzy chcą jakoś wykorzystać stare t-shirty 😉

Co będzie potrzebne:

– Stary t-shirt/ścinki dzianinowe lub jerseyowe

– nożyczki

– igła

– nitka

– agrafka do pomocy

– trochę cierpliwości 😉

  1. Rozłóż swój stary T-shirt na płasko i tnąc od boku do boku, wykrój 5 podobnej szerokości pasków. Długość jest zależna od obwodu głowy osoby, dla której będzie opaska

WAŻNE! Przy opaskach z dzianiny/jerseyu obwód opaski musi być mniejszy niż obwód głowy. O ile? To zależy od tego, jak mocno rozciąga się dzianina.

2. Każdy z pasków dla ułatwienia został oznaczony literą.

Jak widzisz, nie zaczynamy zaplatać od samego początku sznurków. Zostawiamy „ogonek”.

3. Przekładamy sznurek A nad sznurkiem B

4.Przekładamy sznurek C nad sznurkiem A

5. Przekładamy sznurek E nad sznurkiem D

6. Przekładamy sznurek A nad sznurkiem E

7. Przekładamy szurek B nad sznurkiem C

8. Przekładamy sznurek E nad sznurkiem B

9. Przekładamy sznurek D nad sznurkiem A

10. Przekładamy sznurek B nad sznurkiem D

11. Czynności powtarzamy, aż zostanie nam taka sama długość sznureczków, jaką pozostawiliśmy na początku

12. Teraz do akcji wkracza igła z nitką

Zszywamy ze sobą poszczególne sznureczki, a na koniec kilka razy przeszywamy całość. Następnie wycinamy prostokąt, który zamaskuje nam miejsce szycia.

Ta dam! Opaska gotowa 😉

To jest moja walka

Długo się zastanawiałam czy dodawać ten wpis. Ale dzisiejszy dzień tak bardzo mnie dobił, że stwierdziłam, że chyba już czas.

Rok 2019 to jeden z najcięższych w moim życiu. Wydarzyło się wiele złego, ale też wiele krzywdy wyrządziłam sama sobie.

Zaczęło się od tego, że poczułam moc. Miałam możliwość pracować całymi dniami i to wykorzystywałam. 10h, 12h, 14 i więcej… Zosia najczęściej widziała mnie przed spaniem i rano. Mama ciągle pracowała i z perspektywy czasu widzę jak ogromną krzywdę jej tym zrobiłam. Możliwe, że jej obecne problemy to wynik mojej nieobecności, zapracowania.

No, ale w oczach innych byłam superbohaterką, nie?

W pewnym momencie prowadziłam 4 firmy: Akademię, Lolę, Szycie Hurtowe i pośrednictwo w branży szyciowej. Moja skrzynka pękała w szwach, telefony dzwoniły cały czas, a przecież ogarniałam jeszcze życie na facebooku.

Potem zaczęłam się potykać.

Kolejne rzeczy zaczęły mi umykać. Ciągle o czymś zapominałam. Listy zadań nie miały końca, a ja ciągle mówiłam “jutro, za moment, za chwilę”. Zwyczajnie brakowało mi dobry. Przestałam planować efektywnie, bo nie wzięłam pod uwagę ograniczeń własnego ciała.

Kilka złych inwestycji i pojawiła się presja finansowa. Już nie było luzu i spokoju tworzenia, a przymus. Potem zbuntowało się ciało. Zawał serca w czerwcu. Przechodziłam, ale czułam się i wyglądałam fatalnie. No ale do września jakoś było. Potem już ciąża zaczęła mi bardzo doskwierać, a kłopoty ze zdrowiem sprowadziły mnie do parteru.

Do szpitala poszłam z uczuciem rezygnacji. Za chwile miałam powitać ukochaną córkę, a czułam się przegrana. Wiesz dlaczego?

Bo zawiodłam Ciebie. Dzisiaj mi to uświadomiono w dobitny sposób. Ciągle jeszcze analizuję te słowa. Obietnice, które składałam i których nie dotrzymałam – a sama w nie wierzyłam!

Wierzyłam, że uzupełnię filmy, że napiszę artykuły, dogram materiały – uwielbiam to w końcu robić. Ale się pogubiłam.

Dlatego dzisiaj chciałam Cię przeprosić. Za to, że nie odpisałam na Twoją wiadomość, że ciągle czekasz na materiały, które miałam dodać, że nie poświęciłam Ci tyle czasu ile potrzebowałaś.

Ale zdałam sobie sprawę ze swoich błędów. Na rok zawiesiłam swoją markę torebkową. Zrezygnowałam z zamówień hurtowych i nie pośredniczę już w wymianie usług krawieckich. Wszystko po to, żeby naprawić to co schrzaniłam.

Nie będę ukrywać, że jestem w kiepskiej kondycji. Psychicznej i fizycznej. I że bardzo potrzebuję teraz wsparcia (nie wiesz nawet jak cieżko przyszło mi to przyznać). Bo nie jestem robotem ani superwoman. Jestem kobietą, która miesiąc temu urodziła dziecko, a z pracy chyba nie wyszła wcale.

I w sumie nie byłoby źle. Może wystarczyłoby na chwilę zwolnić, bo tworzenie daje mi radość. Ale presja finansowa, społeczności i ta którą wywieram sama na siebie mi na to nie pozwalają.

Jestem w Dupie moja droga. Ale szukam z niej ucieczki.

Biznesowa wizytówka na Facebooku

Kto raz założył profil na Facebooku i zaczął prowadzić Fanpage własnej firmy, ten wie, jak ważna jest prawidłowa konfiguracja profilu prywatnego.

Mamy już możliwość dodawać się do grup jako firmy (pisać z poziomu Fanpage), ale administrator może wyłączyć taką możliwość w obawie przed nachalną reklamą.

Wiem, bo sama podjęłam decyzję, że do grupy Akademii mogą dołączyć tylko osoby z kont prywatnych. Nie akceptuję również osób, które zamiast FP mają założony profil firmowy jako zwykłe konto.

To co Warto robić to odpowiednio skonfigurować swój profil prywatny, aby kierował na Twój profil zawodowy. I tym się zajmiemy w dzisiejszym wpisie.

Zdjęcie profilowe

Lubisz widzieć twarz osoby, z którą rozmawiasz prawda? A teraz wyobraź sobie, że zamiast tego widzisz jej kota, dziec czy inne kwiatki. Niestety jeszcze sporo osób posiada takie zdjęcia, a jest to strzał w kolano. Dlaczego? Bo absolutnie nie chcesz być kojarzona w ten sposób. Mało tego, zdarzają się osoby, które ustawiają w tym miejscu logo firmy, co jest nie tylko łamaniem regulaminu facebooka, ale przyczynia się również do uznania nas za nachalnych.

Najlepiej w tym miejscu wstawić zdjęcie przedstawiające Twoją twarz, popiersie – bez mistrzów drugiego planu i rozpraszaczy.

Zdjęcie w tle

Ważne i często niedoceniane miejsce. Tutaj możesz trochę bardziej zaszaleć. Pokazać czym się zajmujesz, ale bez nachalnej reklamy (polityka facebooka!).

Lewa strona profilu

I kwintesencja konfiguracji profilu – to czyta 100% osób odwiedzających Twój profil. W tym wpisie pokaże Ci jak je edytować.

Wejdź na swój profil i kliknij opcję edytuj dokładnie tak, jak pokazałam na poniższej grafice.

Znajdujesz się w zakładce informacyjnej. Znajdziesz w niej takie informacje jak wykształcenie, stanowisko pracy, miejsce zamieszkania czy związki.

Pod nią znajduje się zakładka praca i wykształcenie i tam KONIECZNIE dodaj swoj profil firmowy. Pozostałe treści uzupełnij według własnych preferencji.

Czasami warto uzupełnić również zakładkę z aktualnym miejscem zamieszkania. Jeżeli działasz lokalnie to Twoi potencjalni zleceniodawcy będą w stanie zweryfikować obszar, na którym działasz.

Kolejna BARDZO WAŻNA podzakładka – witryny i linki społecznościowe. Tutaj dodaj strony internetowe swoich sklepów i wszystkie miejsca, w których można Cię znaleźć.

Ostatnia już do skonfigurowania podzakładka to : szczegółowe informacje o Tobie. To miejsce sprawiło mi strasznie dużo problemów! Dlaczego? Bo nie umiałam w kilku słowach opowiedzieć o tym co robię. W końcu usiadłam i i napisałam dokładnie dwa zdania, które w 100% oddają to czym się zajmuję. Absolutnie nie zachęcaj tutaj do odwiedzania Twojej strony – po prostu napisz kilka słów o sobie.

Teraz wróć na swój profil i zobacz jak wygląda on publicznie i dla konkretnych osób.

GOTOWE!

Prawda, że łatwe? 😉

Jeżeli chcesz wiedzieć więcej, wpadaj do sklepu i wrzucaj do koszyka ebooka – Rękodzielnik na facebooku. Albo po protu kliknij TUTAJ.

DIY – Huśtawka dla dziecka

Kolejny tutorial odnaleziony na starym blogu. Dzisiaj na tapetę bierzemy huśtawkę dla dziecka.

Ta ze zdjęcia poleciała do zwyciężczyni konkursu, ale robiliśmy z mężem jeszcze jedną dla naszej Zosi i używana jest do dzisiaj.

To co? Bierzemy się do pracy?

Co jest potrzebne:

  • 5 m liny polipropylenowej o średnicy 5mm
  • 1 mb tkaniny typu home decor
  • 2 x karabińczyk nakręcany
  • 2x wałek sosnowy o dł 1 m i średnicy 2,5 cm
  • Zapałki
  • Maszyna do szycia
  • Igła
  • Nitka
  • Wiertarka
  • Wiertło do drewna o średnicy 8 mm
  • Szpilki
  • Linijka

Zacznijmy od części związanej z szyciem:

Wycinamy z zakupionej tkaniny 6 kuponów:

2 x o wymiarach 85 cm x 47 cm  (siedzisko),

2x o wymiarach 18 cm x 15 cm (przód),

2x o wymiarach 45 cm x 15 cm (tył).

Składamy prawymi stronami do siebie odpowiednio kupony: tył-tył oraz przód-przód.

Obszywamy tak, aby dolny bok był wolny od szwu

Przycinamy rogi tak jak na obrazku. Dzięki temu po wywinięciu otrzymamy piękne szpiczaste rogi.

Wywijamy na prawą stronę

Uszyte części układamy na prawej stronie kuponu tkaniny, który przeznaczony jest na siedzisko.

Tak ułożone kawałki przykrywamy drugim kuponem przeznaczonym na siedzisko, tak aby tkanina stykała się prawymi stronami i szpilkujemy.

Obszywamy pozostawiając po prawej lub lewej stronie otwór wielkości dłoni. Będzie on potrzebny do wywinięcia siedziska huśtawki na prawą stronę

Również obcinamy rogi, tak jak na obrazku. Wywijamy na prawą stronę

Otwór zaszywamy ściegiem ręcznym krytym

Zawijamy brzegi boków siedziska, przodu i tyłu na 5,5 cm.

Tak wygląda oszpilkowane:

Przeszywamy około 0,5 cm od krawędzi

Siedzisko gotowe!

Bierzemy się za kijki. Odmierzamy na każdym końcu 2 cm i zaznaczamy kropką. W tym miejscu będziemy wiercić.

Wiertarka w dłonie i działamy!

Kijki przewiercone. Możemy je umieścić w tunelach siedziska huśtawki.

Teraz czas na liny! Przecinamy linę tak, aby powstały dwa kawałki o długości 2,5 m.

Opalamy końce liny, aby się nie strzępiły

Łapiemy oba kawałki w połowie i w odległości 10 cm zawiązujemy pętle

Na pętle zakładamy karabińczyki

Przewlekamy końce lin tak, aby wałki boków siedziska były nad wałkami przodu i tyłu i zawiązujemy supeł w odległości 10 cm od końca (można dowolnie regulować)

Huśtawka gotowa!

DIY – piórnik rulon

Kilka dni temu jedna z Was znalazła post, który dodawałam na grupie Innego Wymiaru Szycia. Był w nim link do tutorialu na piórnik zwijany.

Blog, na którym go publikowałam, dawno już nie istnieje, ale na szczęście udało się znaleźć zdjęcia.

Teraz pytanie, czy będę umiała go odtworzyć.

No to próbuję.

W oryginalnej wersji zapewne podałam dokładne wymiary. W tej wersji musicie uruchomić tryb konstruktora. Może być trochę niewygodnie, ale ostatecznie będziecie w stanie skonstruować piórnik rulon na każdy wymiar.

 

Materiały:
– materiał na piórnik (u mnie to była jakaś tkanina kupiona u Lalabaj)
– flizelina kartonowa (oba kupony materiału podklejałam bo siepała się ta tkanina strasznie)
– lamówka (użyłam dwustronnie zaprasowanej. Ilość potrzebna to suma długości boków prostokąta użytego na piórnik plus 10 cm zapasu)
– napa plastikowa
– gumka o szerokości 1 cm

Jeżeli chodzi o wielkość piórnika to definiują ją dwie zmienne: ilość pisadeł, które zamierzasz w nim upchnąć oraz ich długość.

Wysokość piórnika to długość największego pisadła plus 3-4 cm od góry i od dołu.
Szerokość – zależna od ilości pisadeł.

Jak już znajdziesz swoje idealne wymiary, wykrój dwa prostokąty z materiału. Jeżeli materiał, który wybrałaś potrzebuje dodatkowej obróbki (jak w moim przypadku – ustabilizowania) – weź to pod uwagę.

Będzie Ci również potrzebny pizdryczek do zapięcia.  I tutaj potrzebny będzie prostokąt.

Zobacz na poniższych zdjęciach, jak stworzyć taki pizdryczek.

Prostokąt składamy wzdłuż dłuższej krawędzi i przeszywamy.

Wywracamy na prawą stronę i składamy na pół.

Boki zabezpieczamy stębnówką. Dół zabezpieczyłam owerlockiem, ale z perspektywy czasu powiem Ci, że to nie był dobry pomysł (gruby szew).

Teraz będziemy nabijać jedną część napy. I tutaj wkracza napownica. W czasie, kiedy pisałam ten tutorial, byłam posiadaczką napowinicy Prym Love (o tej napownicy możesz poczytać TUTAJ )

Na jedną z przygotowanych wcześniej części głównych piórnika naszyjemy teraz pizdryczek.

Na tej samej części nabijamy drugą część napy.

Ufff! Część zewnętrzna skończona! Bierzemy się za środek, czyli robienia miejsca na pisadła!
Gumka w ruch!

Przypinamy gumkę z jednej i drugiej strony, dokładnie w połowie krótszego boku prostokąta i przeszywamy.

Przyszedł czas na zrobienie miejsca na pisadła. Nie pamiętam jakie dawałam odległości miedzy kolejnymi przeszyciami, ale dzisiaj podłożyłabym pisadło pod gumkę, delikatnie ją naciągnęła, przypięła szpilką, a pisadło wyciągnęła.

Jak juz zaznaczymy tak całość to możemy przystąpić do długiego i nudnego przyszywania.

Zostało nam tylko lamowanie!

I piórnik gotowy!

Moje ciało mnie pokonało

Moje ciało mnie pokonało. Bardzo długo nie potrafiłam się przyznać sama przed sobą, że pracuję za dużo, że czas zwolnić. Aż któregoś dnia pękłam. Rozsypałam się na milion kawałków i szlochałam tak strasznie, że mój mąż wyglądał na zaskoczonego/przerażonego.

To będzie wpis o tym, jak pozwoliłam sobie na słabość.

Powyższe zdjęcie pochodzi z jednej z sesji biznesowych. Ukochana ciemna zieleń, centymetr, pewna siebie postawa. Od ponad dwóch lat tak właśnie miał widzieć mnie świat. No bo co? Ja nie dam rady? Wiadomo, że jak ktoś ogarnie to będzie to Łapa. Kosztem snu, rodziny, paraliżu nóg – ogarnie.

Gdybym poprzestała na prowadzeniu marki torebkowej, prawdopodobnie nie zebrałabym takiego doświadczenia jakie posiadam. A w ciągu 2 lat przeszłam naprawdę sporo. No może przekonałabym się, że relacje w pracy nie mogą być za bardzo przyjacielskie, a dystans szef-pracownik musi być zachowany. Inaczej nici z tego. Bo co z tego, że atmosfera spoko, jak cyferki się nie zgadzają. Ale nie będę się o tym rozpisywać. Udzieliłam już na ten temat wywiadu i na pewno rozwinę temat w książce. A przede mną kolejna rekrutacja.

Akademia dała mi wolność i szczęście.

Uczenie od zawsze sprawiało mi przyjemność. W końcu jestem pedagogiem. Ale dopiero po latach zrozumiałam, że to nie z dziećmi chcę pracować (moje dziecko uświadomiło mi, że w sumie to nie lubię dzieci), a z dorosłymi. Ale takimi, którym się chcę. Nie znoszę postawy “pójdę i jakoś to będzie”. W ciągu 2 lat zrobiłam ponad 30 kursów i w każdy zaangażowałam się maksymalnie. Po to wykładam pieniądze, żeby czerpać z tego maksimum i przeanalizować dogłębnie każdy materiał. Nie znajdowałam wymówek, każdy kurs rozpisywałam tak, żeby codziennie posuwać się z materiałem do przodu.

Czasami tych kursów robiłam kilka jednocześnie i wtedy już było mi trudno. No ale ja nie dam rady?

Nie zauważałam, jak bardzo niszczę i eksploatuje swój i tak zmęczony organizm.

Musisz wiedzieć, że mam wadę serca. Operacyjną i czeka w kolejce. Nawykowe zwichnięcie torebki stawowej w prawej nodze i 4% stałego uszczerbku na zdrowiu, zwyrodnienie w stawie – do operacji. Ponadrywane więzadła krzyżowe w obu kolanach. Dwa razy miałam popękane żebra. Dwa razy zapalenie ścięgien w prawym barku.
Do tego w 2018 roku dołożono przepukliny i zwyrodnienia w lędźwiowym odcinku kręgosłupa.
Aktualnie jestem w 9 miesiącu ciąży, przeszłam zawał, mam krwotoki z nosa i anemię, która powoduje pękanie kącików ust, kiedy chcę zjeść jogurt. Niczego innego nie mogę, bo na języku i policzkach mam rany – też od anemii.
Tyle co skończyłam leczyć anginę. Czeka mnie jeszcze cięcie cesarskie, które nie wiadomo jak się skończy.

No ale ja nie dam rady?

Trzecia ciąża otworzyła mi oczy. 

Dopiero teraz nie boję się głośno mówić : przepraszam, jestem bardzo zmęczona, daję z siebie wszystko, ale muszę odpocząć.

Dopiero teraz, mimo, że ranią mnie one strasznie, odpycham od siebie komentarze, że co z tego jestem zmęczona, jak coś miało być na dziś. Przepraszam kolejny raz i jak tylko mam siłę to siadam do pracy. Ale już się nie forsuję, nie zmuszam.

Przełom przyszedł, kiedy nie mogłam sobie poradzić z kolejną falą emocji, która zalała moją starszą córkę i która wtedy potrzebowała mojej pomocy. Wiecie o czym mówię? O takich napadach szału jakie miewają prawie 4-latki. To wiek, kiedy uczą się nazywać uczucia i z nimi radzić. Zosi też to nie ominęło i tamtego feralnego dnia, w przypływie złości, kopnęła mnie w brzuch. Wyszłam wtedy bez słowa do kuchni, stanęłam pod oknem i się rozwyłam. Bo to nie jedyny problem, z którym się teraz mierzymy, a ja większość biorę na swoje barki. No bo ja nie dam rady? Nie dałam.
Przyszedł za mną mąż i bez słowa przytulił. To cecha, której musiał się nauczyć przez 5 ostatnich lat – przytulać i milczeć, nie pytać co się stało. Po prostu czekać. i czekał, a słowa “nie mogę już, nie daję rady, za duża presja, ogromne oczekiwania” wylewały się ze mnie strumieniami.

Wnioski z powyższego dojścia do ściany przyszły później.

Zrozumiałam, że prowadzę trzy odłamy firmy i tak naprawdę żadnej nie jestem w stanie poświęcić się w 100%, bo spraw jest za dużo. Po prostu czas na zmianę strategii i zmianę wartości.
Nie będę tutaj o tym opowiadać, bo to jeszcze kilkudziesięciostronicowe plany, tabelki, wyliczenia, rebranding i strategie – ale wygląda to dobrze. Może w końcu przestanę pracować w weekendy a w tygodniu nie będę przekraczać magicznych 8h pracy dziennie. Z pewnymi, sezonowymi wyjątkami oczywiście – ale to normalne w życiu przedsiębiorcy.

Dziękuję, że to przeczytałaś. Może teraz zrozumiesz, czemu czasami nie ma mnie w sieci, nie odpisuje na maile lub zwyczajnie mówię, że nie dam rady.

Tak, czasami nie daję rady. I to jest normalne.

Olimasz – wizyta w poszukiwaniu maszyny do szycia ciężkiego

Od jakiegoś czasu jestem szczęśliwą posiadaczką maszyny z potrójnym transportem do szycia ciężkiego. Ba! Nawet zdążyłam przeszyć sobie palec!

Przyszedł czas na jej recenzję i opis mojej wizyty w firmie Olimasz.

Na firmę Olimasz trafiłam przypadkowo – dostałam newsletter o organizowanych w Częstochowie dniach otwartych. Postanowiłam skorzystać. Jakież było moje zdziwienie, kiedy okazało się, że siedziba firmy jest około 30 km od mojego miejsca zamieszkania!

Największe wrażenie zrobili na mnie sprzedawcy : nie próbowali wcisnąć tego co mają na stanie, nie pokazywali najdroższych maszyn – najpierw zapytali czego potrzebuję i to było dla mnie ważne.

Kolejna rzecz to taka, że nie pokazywali maszyn tylko topowych producentów. Z łatwością poruszali się pomiędzy markami porównując je bez trudu. Dzięki temu miałam jasną sytuację i wiedziałam czego szukać na przyszłość.

Zaprezentowali także własną markę – Olisew i na nią ostatecznie się zdecydowałam. W wersji bez automatyki (Kamila to Twoja wina!)

Maszyna, którą wybrałam to Olisew OLD-206H. Maszyna jest przeznaczona do szycia cieżkiego: skóry, tapicerki meblowej czy samochodowej – czyli tego, co robię na co dzień. Nie ma co jej porównywać do lżejszych koleżanek. Musisz wiedzieć, że wszystkie maszyny do szycia ciężkiego są wolniejsze (ta ma tylko 2000 wkłuć na minutę), ale za to długość ściegu jest większa (do 9 mm).

Od maszyn do szycia lekkiego i średniego różni się również wielkością bębenka, grubością igły którą można zamontować (aż do 180!) no i bez problemu założysz do niej grube nici (z cienkimi się nie lubi).

Poniżej filmik z youtuba Olimasz.

Czego mi w niej brakuje? Przycisku do szycia co wkłucie i podziałki na płytce. Co do reszty nie mam zastrzeżeń.

Oczywiście to nie wszystkie cuda, które widziałam w siedzibie Olimasz.

Poniżej znajdziesz zdjęcia.

Jak powstaje kurs online? Pierwszy odcinek podcastu WAS!

Nie wierzę, że to zrobiłam!

Nagrałam podcast! Pierwszy w życiu i zapewne nie ostatni, bo do powiedzenia to ja mam dużo 😀

Bez zbędnego przedłużania : zapraszam do wysłuchania podcastu!

A tutaj możesz poczytać o kursie i dołączyć do grona kursantów:

Matki robią biznes – szycie z dzieckiem u boku

Statystycznie najczęściej to matki otwierają działalność gospodarczą. Jest to zwykle podyktowane chęcią zostania z dzieckiem w domu, chęcią zmian.

Częściowo tak też było w moim przypadku. Nie przedłużono mi umowy w byłej pracy, Zosia jest dzieckiem HNB, a i ja mocno dostałam w kość przez rok “nicnierobienia”.

Szycie towarzyszyło mi od zawsze i postanowiłam wrócić do niego. Jednak wiele mam decyduje się na założenie pracowni krawieckiej, ponieważ w dalszym ciągu mamy BOOM na handmade.

Jak wygląda w rzeczywistości prowadzenie działalności gospodarczej z maluchem u boku?

Poniżej lista plusów i minusów.

Organizacja

Wydawać by się mogło, że posiadając dzieci nie ma się kompletnie czasu na nic. Poniekąd to prawda, ale częściowo tkwi ona w naszych głowach. Kiedy jeszcze nie miałam pomocy do Zosi, starałam się maksymalnie wykorzystać czas jej drzemek. Byłam wtedy uziemiona (spanie z piersią w buzi rulez!), ale leżąc obok robiłam szkolenia, odpisywałam na wiadomości, dodawałam posty – popychałam swój biznes do przodu.

Kiedy do domu z pracy wracał Marcin, siadałam do maszyny i tworzyłam. I nie myśl sobie, że jak siadłam to siedziałam kilka godzin. Nie było na to szans. W międzyczasie pojawiały się mniejsze i większe katastrofy, przerwa na mleko i milion innych rzeczy. Zawsze starałam się ustalić priorytety i rzeczy, które muszę uszyć najpilniej. I najważniejsze: w czasie, kiedy Marcin zajmował się Zosią, ja tylko szyłam. Skupiałam się na czynnościach, które muszę zrobić offline. Online mogłam przecież z telefonu leżąc obok Zosi.

PLUS: Zdecydowanie Zosia nauczyła mnie wyciskać wszystko z dnia, do ostatniej minuty. Nauczyła mnie organizacji i wybierania zadań priorytetowych.

MINUS: Frustracja przy niespodziewanej zmianie planów i nerwówka z powodu deadlineów.

Mama ciągle w pracy

Niepodważalnie dzieci potrafią rozciągnąć jedną czynność, która normalnie zajęłaby nam maksymalnie 2h, na cały dzień. Robienie czegoś na raty było jednym z najbardziej denerwujących aspektów szycia w domu i opiekowania się córką jednocześnie. Długo zajęło mi zaakceptowanie tego stanu rzeczy, ale zrozumiałam, że to tylko okres przejściowy i po prostu muszę go przetrwać. Łapanie chwil na szycie i tworzenie, tych chwil tylko dla siebie było trudne, ale zawsze pozytywnie mnie ładowało.

PLUSY: Zawsze konkretny plan co robić

MINUSY: Rozwlekanie robienia prostej czynności w nieskończoność

W późniejszym etapie doszła fascynacja akcesoriami krawieckimi z naciskiem na te najbardziej niebezpieczne. Na całe szczęście znałam swoje dziecko na tyle, że wiedziałam, że jak jej zabronię to tym bardziej będzie temat drążyła. Więc Zosia bawiła się nożyczkami, szpilkami, taśmami suwakowymi, suwadłami (miała nawet uszyty ochraniacz na pałąk do wózka z taśm suwakowych). W końcu zawsze się nudziła i odpuszczała, bo nie był to owoc zakazany. Oczywiście nie zwalniało mnie to z obowiązku ciągłego jej pilnowania. Przeżywałam małe zawały, kiedy jej rączki dostawały się do pudła z przygotowanymi do szycia rzeczami, które najeżone były szpilkami. Ale przetrwałyśmy.

 

I dla mnie i dla niej początki mojej działalności były źródłem frustracji i niezadowolenia. Ale były też lekcją, która procentuje do dzisiaj.

A Ty? Szyjesz z maluchem u boku? Jak sobie radzisz?

Bufory czasowe – dostosowanie ilości pracy do swojego rytmu

Kiedy piszę ten tekst, mam około 1,5 tygodniowe opóźnienie w szyciu i około 3 tygodniowe jeżeli chodzi o materiały na Akademię.

Czy się tym przejmuje? Tak, przeplanowuję, dostosowuję ilość pracy do swojego tempa, planuję coraz więcej przerw.

Dlaczego? Bo zmienia się pora roku, biologia mojego organizmu, sytuacja życiowa. Bo zmieniam się ja.

Dostosowuję swój biznes i firmę do siebie.

Jak? Zapraszam do lektury 🙂

Aktualnie używam kilku planerów. Swojego, jako głównego i spinającego wszystkie i dwóch osobnych – planer szycia hurtowego oraz planer szycia na Lolę.

Kiedy planuję, uznaję opcję optymistyczną, czyli “jestem zdrowa i mogę pracować 8h dziennie”. Jednak życie tak nie wygląda.

Ostatnie miesiące ostro skopały mi tyłek, a zaawansowana już ciąża też zmusza do zmiany planów.

System planowania, który Ci tutaj opiszę to mój ulubiony system.

1. Na szycie detaliczne zostawiam tygodniowy bufor

Kiedy rozplanowuję szycie detaliczne (i nie ważne czy jest to szycie nerki, plecaka, czy torby na zamówienie) ZAWSZE zostawiam sobie zapas czasu. Na początku były to dwa dni, ale szybko zrozumiałam, że to za mało przy ilości obowiązków, które wykonuję. Dlatego teraz dokładam aż tydzień.

Pewnie sobie myślisz: tydzień na workoplecak? no bez jaj!

Tak kochana, ale w tym samym tygodniu napiszę stronę internetową, przygotuję newsletter, dogram materiały do kursu i odszyje 500 worków dla odbiorcy hurtowego. Mało tego, będę miała czas na zrobienie kursu czy przeczytanie książki, a także na odpoczynek z rodziną.

Jak to zrobię? Śledź akademię, bo wkrótce zaproszę Cię do darmowego MiniKursu produktywności.

2. Na szycie hurtowe zostawiam 2-4 tygodni

Tutaj sprawa jest bardziej skomplikowana, bo bufor jest zależny nie tylko od rodzaju skomplikowania zlecenia, ale również od terminarza zleceniodawcy. Jedna zasada nie podlega dyskusji: BUFOR DAJĘ ZAWSZE.

Nie ważne czy szyje ja, czy krawcowe i szwalnie, z którymi współpracuję. ZAWSZE mówię  tym, że mogę mieć poślizg. Wystarczy opóźnienie w dostawie materiałów, opóźnienie drukarni i wszystko się przesuwa.

Planując zlecenia hurtowe rozpisuję je na bardzo szczegółowe zadania – o tym opowiem Ci na darmowym webinarze w lipcu 😉

3. Choćbym miała mega słaby dzień, zawsze robię przynajmniej jedną rzecz, która pozwala mi zrobić krok do przodu.

Nigdy, naprawdę NIGDY nie jest tak, że mam dzień totalnie wolny. Na obecnym etapie rozwoju mojej firmy, nie mogę sobie pozwolić na całkowite wyłączenie i odcięcie się od pracy, gdyż jeszcze nie znalazłam osoby, która sprawnie by mnie zastąpiła. I nie dlatego, że nie szukam. A dlatego, że w każdym z tych 3 biznesów, które prowadzę, trzeba myśleć inaczej, a nie jestem jeszcze na takim etapie, żeby móc zatrudnić 3 odrębne osoby.

Dlatego mając nawet najgorszy dzień, staram się robić kroczek do przodu. Czasami jest to napisanie postu. Czasami obrobienie zdjęć, zrobienie grafik, zaplanowanie, przygotowanie do webinaru. Cokolwiek, co popchnie moją prace do przodu.

Oprócz planerów, a właściwie jednego planera i dwóch zeszytów, wspomagam się też aplikacją trello i listami zadań , które wkrótce będą miały swoją premierę na Akademii, a które znajdą się w mysteryboxie, który otrzymaja kursanci nowego kursu na Akademii. Ale o tym jeszcze za wcześnie 😉

 

A Ty? Zostawiasz bufory czasowe planując swoją pracę?